Resident Evil Requiem bierze dusze szturmem jak dobra modlitwa, a ja siedzę i patrzę. Nie grałem, ale chcę zrozumieć ten fenomen, zanim wszyscy o nim zapomną. Czy to taki nowy paradoks dzisiejszego gracza?
Moja biblioteka cyfrowa to cmentarzysko cegiełek kupionych „na kiedyś”. Sam zobacz: ile gier tak u ciebie zdechło? U mnie pewnie kilkadziesiąt sztuk trafiło prosto na ten cmentarz.

Czas nie jest z gumy, a ja jestem stary – im więcej mam gier, tym mniej mam życia. I tak w głowie siedzi to durne przeświadczenie, że nie mam w co grać. A prawda jest prosta: mam w co grać, tylko zaraz wyskakuje coś nowego. Innego. Nawet nie lepszego, po prostu kolejny produkt, który trzeba „mieć”.
Nie jestem jedyny. To niekończąca się telenowela o kupowaniu złudzeń. Bycie graczem nigdy nie było tak świetne jak teraz, a jednocześnie nigdy nie było tak męczące. Masz jedno życie, a każą ci obsługiwać dwa światy.
W sumie wiecie co? To nie jest śmieszne, to dzisiejsze czasy. Czasy graczy, którzy właśnie dorośli. Przynajmniej ja się tak czuję – gier masa, doświadczeń też, czasu mniej. Dalej kochasz to medium, ale gdzieś pod skórę wkrada się po prostu zmęczenie.
A jaki ty masz swój osobisty paradoks gracza?