Jest dziwnym tworem, szczególnie ta, za którą wziął się Netflix.
Ostatnimi czasy, kiedy za coś zabiera się Netflix, to można napisać dwie rzeczy. Pierwsza to poprawność polityczna na pierwszym planie, a na drugim – inna dziwna agenda, która to ma pasować jakiejś grupie społecznej. Ja jestem z serii tych, którzy po prostu wierzą, że Netflix nade wszystko musi zarabiać pieniądze, więc kupi i zrealizuje wszystko, byle by zgadzał się skoroszyt z napisem „wydatki”.

Obejrzeliśmy dwa odcinki serialu i jest to niezwykle osobliwy twór, bo jeśli wychowaliście się w czasach, kiedy to była zmora licealistów, to wszystko, co wiecie o tej książce zostaje wywalone do kosza. I w sumie ma to więcej sensu niż czytanie tej książki od początku do końca.
Od początku serialu dwie rzeczy są pewne. Wokulski chce być arystokratą, co stara się kupić pieniędzmi, A Łęcka to zła kobieta jest, ale dlatego, że nie chce być typową kobietą na swoje czasy. I o tyle obie te koncepcje są dalekie do realizacji, to są one na tyle odmienne od tego, co znamy z książki, że aż człowiek się cieszy, że w końcu jest coś, co odbiega od schematu, bo ile można przecież dostawać po twarzy słowami „Prus wielkim pisarzem był”. A do tego wszystkiego Jacek Braciak w roli wiecznie wstawionego Łęckiego jest niczym wisienka na torcie o tym dziwnym smaku.